środa, 4 marca 2015

Copywriting: FELIETON (3) Światłość


Świecić, albo nie świecić?, czyli poświata w zwojach potrzebna od zaraz!

     Jazda obowiązkowa na światłach. Od momentu wprowadzenia - temat kontrowersyjny i dyskusyjny. No bo pierwsze: niby obowiązkowa, ale przecież nie dotyczy wszystkich uczestników ruchu, np. rowerzystów. Po drugie: coraz więcej osób ten nakaz po prostu świadomie olewa, bo nie widzi w nim korzyści.
Czy więc jazda "na światłach" jest naprawdę konieczna? O co w tym faktycznie chodzi?  Wygląda, że raczej biega tylko o znacznie przyspieszone zużywanie akumulatorów, żarówek i innych elementów "elektryki", na czym korzystają wszyscy mający z tymi elementami coś wspólnego, zwłaszcza producenci tego lub owego. 
Zwykli kierowcy korzyść mają raczej wątpliwą, chyba że przypadkiem łączy ich wspólnota interesów z "elektrykowym" biznesem.

      Wydaje się coraz bardziej nieodparcie, że korzyści z jazdy na światłach to jednak bzdet. Wystarczy przejrzeć starsze i nowsze statystyki ogólnopolskie bądź lokalne, posłuchać komentarzy nt. wypadków. Czy jako główną przyczynę podano choć raz brak włączonych świateł? No, chyba nie! Dominuje zdarta, stara płyta: prędkość, brawura, wyprzedzanie w miejscach niedozwolonych,  wspomaganie drugim "gazem" w postaci skroplonej tudzież innym kopaczem zaaplikowanym w pusty łeb, ewentualnie trudne warunki lub usterka techniczna pojazdu (rzadziej - kierowcy, np. zawał), prędkość, brawura itd. itp. w koło Macieju...

Jak wynika ze statystyk czy różnych komunikatów (prasowych itp.), od czasu wprowadzenia obowiązku jazdy z włączonymi światłami ilość wypadków w zasadzie utrzymuje się na podobnym poziomie jak przed wprowadzeniem tego przepisu, a na pewno nie spada zdecydowanie. Tak więc wydaje się, że główne przyczyny wypadków to najczęściej brak włączonej wyobraźni kierowców, często po prostu brak umiejętności, a nie brak włączonych świateł.

      Wystarczy przypomnieć sobie jak było przed wprowadzeniem nakazu jazdy na światłach. W dobrych warunkach wszyscy kiedyś jeździli bez świateł, rzecz jasna, choć zdarzali się nadgorliwcy. Jak warunki się pogarszały (np. zmrok, deszcz, mgła), w zasadzie wszyscy światła włączali, choć - oczywiście - zdarzały się gapowate wyjątki.
A dziś? Niby każdy musi jeździć "na światłach", ale coraz więcej jeździ bez nich! Zwłaszcza na drogach bocznych, ale też na dwujezdniowych z odseparowanymi jezdniami. A w korkach, gdy więcej pojazd stoi niż jedzie, ten przepis jest już tak durny, że brak słów, i bardzo dużo kierowców światła wyłącza.

      Uważam, że ten niby-korzystny, ale nieżyciowy i niepraktyczny przepis należy albo zlikwidować, pozostawiając po prostu sprawę do uznania kierowcy, albo przynajmniej uściślić. Na przykład: zapisem, że jazda przy dobrych warunkach wg uznania kierowcy. Natomiast przy pogorszeniu warunków: opady (mgła, deszcz, śnieg), zmrok, brzask, dym - obowiązkowo tak. W korkach, na dwujezdniowych, na autostradach - bez, ale jak ktoś chce - proszę bardzo, wg uznania. Na jednojezdniowych - także dowolność. To ostatnie - może być nawet bardzo korzystne, gdyż jeśli wziąć pod uwagę jak wielu kierowców ma w pojazdach światła ustawione na podobieństwo reflektorów przeciwlotniczych, to jazda bez świateł może stać się zwyczajnie pomocna dla uniknięcia tragedii na skutek oślepiania jadących z przeciwka. 
I jeszcze jedna uwaga: coraz częściej montowane są światła do jazdy dziennej. Niektóre jednak są tak słabe, że widać je z odległości dopiero kilku metrów. No to w takim razie jaki jest sens ich stosowania?

      Podsumowując: więcej światła niewątpliwie potrzeba (choć raczej nie w żarówkach, bo światła słonecznego wystarczy), ale dla rozjaśnienia szarawych zwojów wypełniających, a przynajmniej mających wypełniać, głowę kierowcy po kursie i egzaminie (egzaminach).

(A. Trela, 03.03.2015r.)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz