Obserwacje

ŚWIATŁA: TAK CZY NIE?


     Jazda obowiązkowa na światłach. Temat kontrowersyjny. No bo pierwsze: niby obowiązkowa, ale przecież nie dotyczy wszystkich uczestników ruchu, np. rowerzystów. Po drugie: coraz więcej osób ten nakaz po prostu świadomie olewa, bo nie widzi w nim korzyści.
Czy więc jazda "na światłach" jest naprawdę konieczna? O co  w tym faktycznie biega?  Wygląda pięknie, że raczej biega tyko o znacznie przyspieszone zużywanie akumulatorów, żarówek i innych elementów "elektryki", na czym korzystają niekoniecznie kierowcy, chyba że przypadkiem pracują w wytwórniach tych części.
      Wydaje się coraz bardziej nieodparcie, że z tymi światłami to jednak bzdet. Wystarczy przejrzeć starsze i nowsze statystyki ogólnopolskie bądź lokalne, posłuchać komentarzy nt. wypadków. Czy jako główną przyczynę podano choć raz brak włączonych świateł? No, chyba guzik! Dominuje zdarta, stara płyta: prędkość, brawura, wyprzedzanie w miejscach niedozwolonych,  wspomaganie drugim "gazem w postaci ciekłej" tudzież innym kopem w pusty łeb, ewentualnie trudne warunki lub usterka techniczna pojazdu (rzadziej - kierowcy), brawura itd. itp. w koło Macieju.
Jak wynika ze statystyk, od czasu wprowadzenia obowiązku jazdy z włączonymi światłami ilość wypadków w zasadzie utrzymuje się na podobnym poziomie, a na pewno nie spada zdecydowanie. Tak więc wydaje się, że główne przyczyny wynikają z braku wyobraźni kierowców, często z braku umiejętności, a nie z braku włączonych świateł.
      Wystarczy przypomnieć sobie jak było przed wprowadzeniem nakazu jazdy na światłach. W dobrych warunkach wszyscy kiedyś jeździli bez swiateł rzecz jasna, choć podobno zdarzali się nadgorliwcy. Jak warunki się pogarszały (np. zmrok, deszcz, mgła), w zasadzie wszyscy światła włączali, choć - oczywiście - zdarzały się gapowate wyjątki.
Dziś: niby każdy musi jeździć "na światłach", ale coraz więcej jeździ bez nich! Zwłaszcza na drogach bocznych, ale też na dwujezdniowych z odseparowanymi jezdniami. A w korkach, gdy więcej się stoi niż jedzie, ten przepis wydaje się już zupełnie durnowaty.
      Uważam, że ten niby-korzystny, ale niezbyt życiowy przepis należy albo zlikwidować, pozostawiając po prostu sprawę do uznania kierowcy, a na pewno przynajmniej uściślić. Na przykład: zapisem, że jazda  przy dobrych warunkach wg uznania kierowcy. Natomiast przy pogorszeniu warunków: opady (mgła, deszcz, śnieg), zmrok, brzask, dym - obowiązkowo tak. W korkach, na dwujezdniowych, na autostradach - bez, ale jak ktoś chce - proszę bardzo wg uznania kierowcy. Na jednojezdniowych - także dowolność.  To ostatnie - może być wręcz korzystne, gdyż jeśli wziąć pod uwagę jak wielu kierowców ma w swoich pojazdach światła ustawione tak fatalnie, że reflektory przeciwlotnicze to przy nich pikuś, to jazda bez świateł może stać się zwyczajnie pomocna dla uniknięcia tragedii na skutek  oślepiania jadących z przeciwka. 
      Podsumowując: więcej światła niewątpliwie potrzeba ale raczej  nie w żarówkach, lecz w szarawych zwojach wypełniających, a przynajmniej mających wypełniać, głowę kierowcy.
(03.03.2015; by EJTI)



                      


Krople namózgowe

     Jak to jest z lekami, chyba każdy wie. Można niektóre kupić bez recepty, można je w zasadzie stosować, ale bez konsultacji z lekarzem lub farmaceutą już raczej nie za bardzo, bo konsekwencje mogą być przykre ze względów zdrowotnych albo i życiowych. Poza tym, przed zażyciem każdego leku należy obowiązkowo przestudiować ulotkę informacyjną, co mało kto robi. Ogólną zasadą jest, żeby leku nie przedawkować, gdyż lek wtedy staje się trucizną. Na przykład, gdy ktoś słabuje na pikawę, musi zażywać krople nasercowe w odpowiedniej ilości, i wtedy sobie polepszy. Jeśli zażyje za dużo, może sobie pogorszyć. Niekiedy zażycie leku wpływa na, albo i wyklucza późniejsze prowadzenie pojazdów mechanicznych, co jest zazwyczaj w ulotce napisane. Jak wiadomo, alkohol w niewielkich ilościach też ma właściwości lecznicze. Krótko po zażyciu, nawet świetnie wpływa na wyostrzenie bystrości.
     Jak zwykle z okazji dłuższego weekendu, prowadzona jest na drogach akcja mająca na celu poprawę bezpieczeństwa, a obejmująca też wyłapywanie kierowców jadących na tzw. podwójnym gazie, czyli po zażyciu kropli namózgowych. Jak zwykle wyniki tego wyłapywania są alarmujące. Ilość nietrzeźwych liczona jest w tysiącach, mimo że kontroli poddawanych jest nie więcej niż 10% kierowców.
     A może to jest tylko takie czepianie się? Może osoby, które zażywają alkohol są po prostu chore i zażywają go jako lekarstwo? Przecież osobnik słabujący na umyśle, podobnie jak ktoś na sercu, musi zażyć odpowiedni lek. Skoro temu drugiemu wolno zażyć krople nasercowe, to temu pierwszemu  chyba wolno krople namózgowe?
Naród, niestety, słabuje. Coraz słabszy znaczy się jest, mimo że wiele jednostek osobowych tworzących naród fizycznie wygląda jakby pulchniej. Słabszy jest bowiem mózgowo, czego tak od razu nie widać. Na słabowanie są różne środki. Na przykład, środek na wspomniane słabe serce to krople nasercowe. Jak ktoś ma słabe serce, czyli niedomaga na mięśniu sercowym, które pracuje słabo i tłoczy krew wolniej, zażywa krople nasercowe. Serce się wzmacnia i kierowca ma szansę dojechać do celu.
Podobnie być może jest z mózgiem. Gdy ktoś słabuje na mózgu, myśli wolniej, gdyż przepływ myśli przez mózg jest spowolniony. Ma więc chyba prawo taki kierowca z niedomogą mózgu mózg ten wzmocnić, żeby bezpiecznie dojechać do celu. I w tym celu zażywa krople namózgowe. Po zażyciu kropli namózgowych sprawność kierowcy do pewnego momentu rośnie, ale potem gwałtownie ulega zaburzeniom. Niestety, fiolki z kroplami namózgowymi na ogół nie posiadają nadrukowanej informacji (w odróżnieniu np. od paczek fajek, które mają nadruki o możliwych fatalnych skutkach palenia) o efektach ubocznych zażycia kropli, a tym bardziej ich przedawkowania.
     Interesujące, dlaczego takich informacji generalnie brak na kroplach namózgowych?  Wyjątkiem są niektóre krople chmielowane, posiadające na fiolce napis w rodzaju "nie jedź po alkoholu". Ale to chyba nie mówi wiele słabującym mózgowo, gdyż przecież i tak nikt rozsądny nie jeździ "po alkoholu" tylko po drodze...
(24.04.2014)



                      



Miasteczka ruchu: więcej pożytku czy szkody?


Miasteczka ruchu drogowego... Wydawałoby się, że nie można wybudować nic lepszego, co służy uczeniu najmłodszych (i nie tylko...) przepisów ruchu i zasad bezpiecznego korzystania z dróg.
Nawet ładniutkie, kolorowe, ogrodzone, monitorowane... - no, po prostu super!
A jednak nie jest to wcale oczywiste ani różowe. Po bliższym przyjrzeniu się takiemu miasteczku, wybudowanemu w ubiegłym roku (2013) w pewnym niedużym miasteczku powiatowym, nasuwają mi się wnioski różne, w tym większość niewesołych... Oto kilka wybranych obserwacji.

Obserwacja pierwsza:
W miasteczku ruchu drogowego urzęduje pani nauczycielka z niewątpliwą klasą  ze  swoją  klasą.  Dzieciaki chodzą w parach, oglądają, pytają, pani tłumaczy. OK. Potem bawią się praktycznie: obserwują zmianę świateł, zatrzymują się, przechodzą, pytają, omawiają  itd. Niektórzy mają rowery, jeżdżą na nich, wszystko pod kontrolą pani. Uczniowie skorzystali pewnie sporo z takiej praktycznej lekcji. Jest OK? Pożytek jest?

Obserwacja druga:
W miasteczku ruchu urzęduje tata (chyba) z synkiem (chyba). Obaj jeżdżą na rowerach, wszystko zgodnie z przepisami, zatrzymują się, dziecko ma pytania, rozmawiają, jeżdżą itd. itd. Potem trochę chodzą i procedura powtarza się. Ojciec dużo dziecku tłumaczy, a zna się na rzeczy. Dziecko na pewno skorzystało wiele. Jest OK?  Jest pożytek?

Obserwacja trzecia:
W miasteczku urzęduje kilkoro małych dzieci. Bez żadnych opiekunów. Chodzą, jeżdżą, biegają, wrzeszczą, urządzają wyścigi itd. itd. Wszystko dzieje się bez ładu i składu, o przestrzeganiu przepisów nie ma mowy (chyba że przypadkiem :-). Po kilku minutach dojeżdża jeszcze ze 3 wyrostków na rowerach. Chaos pogłębia się dramatycznie. Piractwo drogowe kwitnie, kilkanaście razy omal nie dochodzi do kolizji. Wyrostki większe opierniczają mniejszych niewybrednymi sloganami sprawiającymi uwiąd uszu, mniejsi próbują się odgryzać, ale w końcu rezygnują z przyjemności i miasteczko opuszczają w nerwach i ze łzami. Jest OK? Jest pożytek? 

Obserwacja czwarta:
Niedzielne popołudnie. W miasteczku urzęduje chyba z  kilkadziesiąt osób: dzieci w różnym wieku (ale raczej nie starszych niż 10-11 lat) i dorosłych opiekunów. Prawie wszyscy dorośli obsiedli wszystkie ławeczki. Popalają co nieco, paplają zawzięcie o pogodzie, polityce i innych dyrdymałach. Jakieś dwie matki z maluchami próbują swym pociechom coś pokazać, nauczyć, wytłumaczyć, ale nie za bardzo mogą. Dlaczego? Ano, ponieważ pociechy tych dorosłych z ławeczek szaleją prawie na całego. Może trochę bardziej hamują się ze sloganami (bo mama może usłyszeć...), ale chaos i bezkrólewie dominuje. Jest OK? Jest pożytek?

Wnioski:
Zamiast instalować w miasteczku  kamery (właściwie po co?; pewnie na  podstawie nagrań z tego monitoringu będą nakładane mandaty na szalejące bez większego nadzoru dzieciaki :-), nie lepiej postawić kogoś, tzn. jakiegoś fachowca  na dyżurze? Ten ktoś (lub nawet 2 osoby, bo miasteczko duże) miałby za zadanie pilnowanie ładu i składu na terenie miasteczka, mającego chyba w założeniu służyć zdobywaniu wiedzy i ćwiczeniom - mam nadzieję - pozytywnych zachowań. A tak, doświadczenia i wyrobione nawyki będą potem przenoszone na prawdziwe drogi. My zaś będziemy się dziwić, skąd na tych drogach coraz więcej prostactwa i pospolitego chamstwa.
No cóż, tak jak sama szkoła nie wystarczy (musi być w niej jeszcze nauczyciel) do nauczenia kogoś tego i owego, tak samo miasteczko też nie nauczy prawie nikogo kultury i bezpieczeństwa w ruchu drogowym.

(21.05.2014)  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz