środa, 21 maja 2014

Copywriting: ARTYKUŁ (1) Miasteczka


Miasteczka ruchu: więcej pożytku czy szkody?


     Miasteczka ruchu drogowego... Wydawałoby się, że nie można wybudować nic lepszego, co służy uczeniu najmłodszych (i może nie tylko...) przepisów ruchu i zasad bezpiecznego korzystania z dróg. Nawet ładniutkie, kolorowe, ogrodzone, monitorowane... - no, po prostu super!
A jednak nie jest to wcale takie oczywiste ani różowe. Po bliższym przyjrzeniu się takiemu miasteczku, wybudowanemu w ubiegłym roku (2013) w pewnym niedużym miasteczku powiatowym na J., nasuwają się wnioski różne, w tym większość niewesołych...

Sens i bezsens

     W miasteczku ruchu drogowego urzęduje tylko pani nauczycielka (kobieta z niewątpliwą klasą) ze swoją klasą. Dzieciaki chodzą sobie w parach, oglądają, pytają, pani tłumaczy. OK. Potem bawią się praktycznie: obserwują zmianę świateł, zatrzymują się, przechodzą, pytają, omawiają  itd. Niektórzy mają rowery, jeżdżą na nich, wszystko pod kontrolą pani. Uczniowie skorzystali pewnie sporo z takiej praktycznej lekcji. Jest OK?

W miasteczku ruchu urzędują w samotności tata (chyba) z synkiem (chyba). Obaj jeżdżą na rowerach, wszystko zgodnie z przepisami, zatrzymują się, dziecko ma pytania, rozmawiają, jeżdżą itd. itd. Potem trochę chodzą i procedura powtarza się. Ojciec dużo dziecku tłumaczy, a zna się na rzeczy. Dziecko na pewno skorzystało wiele. Jest OK?  Jest pożytek?

W miasteczku urzęduje kilkoro niezbyt już małych dzieci. Bez żadnych opiekunów. Chodzą, jeżdżą, biegają, wrzeszczą, urządzają wyścigi itd. itd. Wszystko dzieje się bez ładu i składu, o przestrzeganiu przepisów nie ma mowy (chyba że przypadkiem któreś trafi na zielone światło:-). Po kilku minutach dojeżdża jeszcze ze 3 wyrostków na rowerach. Chaos pogłębia się dramatycznie. Piractwo drogowe kwitnie, kilkanaście razy omal nie dochodzi do poważnych kolizji. Wyrostki większe opierniczają mniejszych niewybrednymi sloganami sprawiającymi uwiąd uszu, mniejsi próbują się odgryzać, ale w końcu rezygnują z przyjemności i miasteczko opuszczają w nerwach i ze łzami. Jest OK? Jest pożytek?

Niedzielne popołudnie. W miasteczku urzęduje chyba z  kilkadziesiąt osób: dzieci w różnym wieku (ale raczej nie starszych niż 10-11 lat) i dorosłych opiekunów. Prawie wszyscy dorośli obsiedli wszystkie ławeczki. Popalają co nieco, paplają zawzięcie o pogodzie, o dumie Maryni, polityce i innych dyrdymałach. Jakieś dwie matki z maluchami próbują swym pociechom coś pokazać, nauczyć, wytłumaczyć, ale nie za bardzo mogą, bo ledwo słyszą same siebie. Dlaczego? Ano, ponieważ pociechy tych dorosłych z ławeczek szaleją prawie na całego, a piractwo przeżywa renesans. No, może trochę bardziej hamują się ze sloganami (bo mama, albo sąsiadka może usłyszeć...), ale chaos i bezkrólewie dominuje. Jest OK? Jest pożytek?

Po co to wszystko?

     Zamiast instalować w miasteczku  kamery (właściwie po co?; pewnie na  podstawie nagrań z tego monitoringu będą nakładane mandaty na szalejące bez większego nadzoru dzieciaki :-), nie lepiej postawić kogoś, tzn. jakiegoś fachowca  na dyżurze? Ten ktoś (lub nawet 2 osoby, bo miasteczko duże) miałby za zadanie pilnowanie ładu i składu na terenie miasteczka, mającego chyba w założeniu służyć zdobywaniu wiedzy i ćwiczeniom - mam nadzieję, że po to go zbudowano - pozytywnych zachowań. A tak, doświadczenia i wyrobione nawyki będą potem przenoszone na prawdziwe drogi. My zaś - i nie tylko my - będziemy się dziwić, skąd na tych drogach bierze się coraz więcej prostactwa i pospolitego chamstwa.

Podsumowanie

     No cóż, tak jak sama szkoła nie wystarczy (musi być w niej jeszcze nauczyciel) do nauczenia kogoś tego i owego, tak samo miasteczko też nie nauczy prawie nikogo kultury i bezpieczeństwa w ruchu drogowym.

(A. Trela, 21.05.2014)


  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz